Bon edukacyjny – szansa na rozwój czy zagrożenie
Kto się boi bonu?
Głównymi przeciwnikami oświaty opartej na bonie edukacyjnym są ludzie uważający konkurencyjność w systemie szkolnym za rzecz szkodliwą, jak również nie zgadzający się na zwiększenie wpływu obywateli na szkoły. Uważają oni m.in., że oparta na bonie ekonomika oświaty przyczyni się do zamknięcia niewielkich szkół działających na obszarach wiejskich czy też na peryferiach wielkich miast. W rzeczywistości problem małych wiejskich szkół rozwiązywany jest przez obywateli przejmujących je z rąk administracji samorządowej i dopasowujących zasady ich pracy do otrzymywanej poprzez mechanizm bonowy z gminy dotacji. Trzeba także pamiętać, że problem kalkulacji bonu dla obszarów wiejskich o małej gęstości zasiedlenia nie został dotychczas w Polsce prawidłowo rozwiązany. Natomiast w przypadku dużych miast w bardzo szczególnych przypadkach gmina będzie mogła zwiększyć wartość bonu dla szkoły peryferyjnej, jeżeli okaże się, że nie istnieje możliwość bezpiecznego dojazdu uczniów do innej szkoły środkami komunikacji miejskiej, a ograniczona liczba dzieci mieszkających w obszarze jej działania nie zapewni jej możliwości funkcjonowania o oparciu o ogólnomiejskie parametry. Przy czym takie rozwiązanie byłoby stosowane tylko wtedy, gdyby zainteresowanie nauką w niej wyrażała zdecydowana większość (np. ok. 80%) takich dzieci. Analizując stan oświaty w dużych miastach bez trudu zauważymy silną korelację pomiędzy poziomem nauczania szkoły a jej popularnością. Najbardziej wyraziście można to zaobserwować w wielkomiejskich liceach. Zresztą narzucanie przez urzędników dyrektorom liceów limitów przyjęć młodzieży do klas pierwszych jest najbardziej absurdalnym elementem zarządzania tymi szkołami. Dla szkół bardzo popularnych są one ustawiane zbyt nisko (poniżej ich możliwości kadrowych i lokalowych), a dla nie cieszących się zainteresowaniem potencjalnych uczniów zbyt wysoko. Broniący tego systemu urzędnicy tłumaczą, że w ten sposób dbają o zapewnienie wszystkim szkołom odpowiedniej liczby uczniów, zupełnie nie zważając na uczniowskie potrzeby. W systemie bonu żaden urzędnik nie będzie przeszkadzał dyrektorowi szkoły i jego nauczycielom w naborze uczniów. Pragnę uspokoić tych, którzy obawiają się, że dojdzie wówczas do nadmiernego zagęszczenia klas, gdyż przyjmowanych będzie zbyt dużo uczniów. Taka sytuacja generowałaby obniżenie poziomu nauczania co w efekcie groziłoby szkole utratą posiadanego zaufania potencjalnych klientów i przyniosłoby fatalne skutki w przyszłości. Równocześnie trzeba pamiętać, iż w dużych miastach wszystkie szkoły mają potencjalnie podobne obiektywne możliwości zabiegania o uczniów, w związku z tym przegrywającymi w tej rywalizacji będą zawsze ci którzy przedstawiają gorszą propozycję edukacyjną. W efekcie konkurencja pomiędzy szkołami przyniesie generalne podniesienie poziomu nauczania, na czym najbardziej skorzystają uczniowie ze środowisk słabszych edukacyjnie.
Głównymi przeciwnikami oświaty opartej na bonie edukacyjnym są ludzie uważający konkurencyjność w systemie szkolnym za rzecz szkodliwą, jak również nie zgadzający się na zwiększenie wpływu obywateli na szkoły. Uważają oni m.in., że oparta na bonie ekonomika oświaty przyczyni się do zamknięcia niewielkich szkół działających na obszarach wiejskich czy też na peryferiach wielkich miast. W rzeczywistości problem małych wiejskich szkół rozwiązywany jest przez obywateli przejmujących je z rąk administracji samorządowej i dopasowujących zasady ich pracy do otrzymywanej poprzez mechanizm bonowy z gminy dotacji. Trzeba także pamiętać, że problem kalkulacji bonu dla obszarów wiejskich o małej gęstości zasiedlenia nie został dotychczas w Polsce prawidłowo rozwiązany. Natomiast w przypadku dużych miast w bardzo szczególnych przypadkach gmina będzie mogła zwiększyć wartość bonu dla szkoły peryferyjnej, jeżeli okaże się, że nie istnieje możliwość bezpiecznego dojazdu uczniów do innej szkoły środkami komunikacji miejskiej, a ograniczona liczba dzieci mieszkających w obszarze jej działania nie zapewni jej możliwości funkcjonowania o oparciu o ogólnomiejskie parametry. Przy czym takie rozwiązanie byłoby stosowane tylko wtedy, gdyby zainteresowanie nauką w niej wyrażała zdecydowana większość (np. ok. 80%) takich dzieci. Analizując stan oświaty w dużych miastach bez trudu zauważymy silną korelację pomiędzy poziomem nauczania szkoły a jej popularnością. Najbardziej wyraziście można to zaobserwować w wielkomiejskich liceach. Zresztą narzucanie przez urzędników dyrektorom liceów limitów przyjęć młodzieży do klas pierwszych jest najbardziej absurdalnym elementem zarządzania tymi szkołami. Dla szkół bardzo popularnych są one ustawiane zbyt nisko (poniżej ich możliwości kadrowych i lokalowych), a dla nie cieszących się zainteresowaniem potencjalnych uczniów zbyt wysoko. Broniący tego systemu urzędnicy tłumaczą, że w ten sposób dbają o zapewnienie wszystkim szkołom odpowiedniej liczby uczniów, zupełnie nie zważając na uczniowskie potrzeby. W systemie bonu żaden urzędnik nie będzie przeszkadzał dyrektorowi szkoły i jego nauczycielom w naborze uczniów. Pragnę uspokoić tych, którzy obawiają się, że dojdzie wówczas do nadmiernego zagęszczenia klas, gdyż przyjmowanych będzie zbyt dużo uczniów. Taka sytuacja generowałaby obniżenie poziomu nauczania co w efekcie groziłoby szkole utratą posiadanego zaufania potencjalnych klientów i przyniosłoby fatalne skutki w przyszłości. Równocześnie trzeba pamiętać, iż w dużych miastach wszystkie szkoły mają potencjalnie podobne obiektywne możliwości zabiegania o uczniów, w związku z tym przegrywającymi w tej rywalizacji będą zawsze ci którzy przedstawiają gorszą propozycję edukacyjną. W efekcie konkurencja pomiędzy szkołami przyniesie generalne podniesienie poziomu nauczania, na czym najbardziej skorzystają uczniowie ze środowisk słabszych edukacyjnie.