Bon edukacyjny – szansa na rozwój czy zagrożenie
Problem bonu edukacyjnego należy do kręgu zagadnień edukacyjnych wywołujących największe emocje; w efekcie wszelkie racjonalne dyskusje o nim są bardzo trudne. Stąd też godzien szczególnej uwagi jest pomysł grupy krakowskich radnych (M. Jantos, P. Klimowicz, P. Sularz) postulujących wprowadzenie go do krakowskich szkół. Jak sądzę zmęczeni corocznie ponawianymi w tej kadencji Rady Miasta Krakowa nieudolnymi próbami zmiany struktury miejskiej sieci szkolnej radni szukają nowych, bardziej skutecznych pomysłów na zarządzanie lokalną oświatą.
Czym jest bon edukacyjny?
Autorem koncepcji bonu edukacyjnego jest wybitny amerykański ekonomista, laureat nagrody Nobla, Milton Friedman. Najpełniej przedstawił on to rozwiązanie w wydanej również w Polsce, napisanej wspólnie z żoną Rose, książce „Wolny wybór” („Free to Choose”). Postuluje on wyposażenie rodziców w bony edukacyjne mające wartość średnich kosztów kształcenia uczniów w szkołach danego typu. Podejmujący naukę w danej szkole uczniowie przynosiliby do niej swoje bony, w efekcie budżet szkoły byłby wielokrotnością liczby uczących się w niej młodych ludzi (w Polsce środki finansowe trafiałyby na szkolne konta za pośrednictwem samorządowych budżetów zasilanych pochodzącą z budżetu centralnego subwencją oświatową). Dla Friedmana realizacja tej koncepcji jest podstawowym warunkiem wyrwania edukacji z rąk biurokratów i przekazania jej w ręce obywateli. Podobne uwagi na ten temat znaleźć można w wydanej przez OECD, po raz pierwszy w roku 2001, książce „What Schools for the Future?”. Dzięki bonom w rękach obywateli znajdą się pochodzące z ich podatków publiczne środki na edukację i od tego momentu to oni, a nie jak dotychczas urzędnicy, bezpośrednio będą decydować o ich oświatowym wykorzystaniu. Trwający na świecie spór o bon edukacyjny (szczególnie głośny w krajach anglosaskich) toczy się między zwolennikami szkoły biurokratycznej i szkoły urynkowionej. Z jednej strony znajdują się ludzie obawiający się wprowadzenia do oświaty mechanizmów konkurencyjności, uważający, iż obywatele nie mogą podejmować rozsądnych decyzji związanych z edukacją ich dzieci. Wg nich takie decyzje muszą być podejmowane przez zajmujących się oświatą urzędników. Po przeciwnej stronie są ludzie pragnący wyposażyć rodziców w autentyczne możliwości wpływania na losy edukacyjne swoich dzieci. Na razie przewagę mają miłośnicy szkoły biurokratycznej, ale wraz ze wzrostem poziomu wykształcenia i świadomości edukacyjnej obywateli, będą oni w sposób bardziej zdecydowany podejmować próby przejmowania edukacji z rąk biurokracji.
Czym jest bon edukacyjny?
Autorem koncepcji bonu edukacyjnego jest wybitny amerykański ekonomista, laureat nagrody Nobla, Milton Friedman. Najpełniej przedstawił on to rozwiązanie w wydanej również w Polsce, napisanej wspólnie z żoną Rose, książce „Wolny wybór” („Free to Choose”). Postuluje on wyposażenie rodziców w bony edukacyjne mające wartość średnich kosztów kształcenia uczniów w szkołach danego typu. Podejmujący naukę w danej szkole uczniowie przynosiliby do niej swoje bony, w efekcie budżet szkoły byłby wielokrotnością liczby uczących się w niej młodych ludzi (w Polsce środki finansowe trafiałyby na szkolne konta za pośrednictwem samorządowych budżetów zasilanych pochodzącą z budżetu centralnego subwencją oświatową). Dla Friedmana realizacja tej koncepcji jest podstawowym warunkiem wyrwania edukacji z rąk biurokratów i przekazania jej w ręce obywateli. Podobne uwagi na ten temat znaleźć można w wydanej przez OECD, po raz pierwszy w roku 2001, książce „What Schools for the Future?”. Dzięki bonom w rękach obywateli znajdą się pochodzące z ich podatków publiczne środki na edukację i od tego momentu to oni, a nie jak dotychczas urzędnicy, bezpośrednio będą decydować o ich oświatowym wykorzystaniu. Trwający na świecie spór o bon edukacyjny (szczególnie głośny w krajach anglosaskich) toczy się między zwolennikami szkoły biurokratycznej i szkoły urynkowionej. Z jednej strony znajdują się ludzie obawiający się wprowadzenia do oświaty mechanizmów konkurencyjności, uważający, iż obywatele nie mogą podejmować rozsądnych decyzji związanych z edukacją ich dzieci. Wg nich takie decyzje muszą być podejmowane przez zajmujących się oświatą urzędników. Po przeciwnej stronie są ludzie pragnący wyposażyć rodziców w autentyczne możliwości wpływania na losy edukacyjne swoich dzieci. Na razie przewagę mają miłośnicy szkoły biurokratycznej, ale wraz ze wzrostem poziomu wykształcenia i świadomości edukacyjnej obywateli, będą oni w sposób bardziej zdecydowany podejmować próby przejmowania edukacji z rąk biurokracji.