Czas na poważne zmiany w oświacie
Wówczas znowu zobaczyli wszystkie oświatowe kłopoty materialne i zaczęli domagać się ich natychmiastowego rozwiązania. Najbardziej wyraziście ukazuje to sprawa wynagrodzeń dla nauczycieli – egzaminatorów Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych. Otóż to właśnie w okresie rządów SLD zapomniano o ustaleniu rozsądnych zasad wynagrodzeń osób trudzących się nad poprawą prac egzaminacyjnych uczniów, w tym prac maturalnych i wówczas ZNP tego nie zauważył. Dostrzegł to dopiero po roku 2005.
Wówczas także związek zaczął troszczyć się o jakość kształcenia w polskich szkołach, chociaż wcześniej blokował wszelkie próby podniesienia wymagań kwalifikacyjnych dla nauczycieli. To właśnie ZNP oraz jego działaczce minister Łybackiej zawdzięczamy obniżenie owych wymagań i umożliwienie dalszej pracy w oświacie nauczycielom nie posiadającym wyższego wykształcenia, jak również kilka innych zmian psujących nauczycielski rynek pracy. Tymczasem to właśnie od poziomu przygotowania do pracy nauczycieli, ich wykształcenia oraz „rozbudzenia intelektualnego” nade wszystko zależy jakość pracy szkół. Warto także zauważyć, że możliwość dalszej pracy w oświacie ludzi słabo wykształconych ma miejsce w czasie, gdy rokrocznie mury polskich uczelni opuszczają dobrze wykształceni i zainteresowani pracą w oświacie absolwenci. Zresztą występowanie w obronie nauczycieli o niskich kwalifikacjach to żelazny punkt działań ZNP. Pokazuje on, że związkowi wcale nie chodzi o poprawę jakości kształcenia, ale o bardzo partykularne cele. Oczywiście związki zawodowe są po to, aby bronić swoich członków, ale w przypadku związku nauczycielskiego można by oczekiwać w tej sprawie chociaż trochę rozsądku, a przynajmniej nie opowiadania, że ZNP chodzi o poprawę poziomu kształcenia w naszych szkołach.
Tak na marginesie warto zauważyć, że w Polsce związki zawodowe utrzymywane są w znacznej mierze przez pracodawców, co jest sytuacją dość oryginalną. Pracodawca finansuje bowiem organizację, która jest jego oponentem. W przypadku oświaty związkowcy utrzymywani są ze środków publicznych, z których opłacane są ich biura oraz wynagrodzenia osób oddelegowanych z placówek oświatowych do pracy związkowej. Tymczasem nigdy jeszcze żaden związek zawodowy domagając się większych nakładów na edukację nie zechciał stwierdzić, że zrezygnuje z publicznych pieniędzy i będzie utrzymywał się ze składek swoich członków. W ramach porządkowania naszych finansów publicznych warto rozważyć, czy owe koszty mają dalej obciążać kieszeń podatnika i czy te pieniądze nie powinny trafić na rzeczywiste cele edukacyjne.