Edukacja wobec rynkowych wyzwań

Szkoła obywateli, czy szkoła urzędników
Jednym z problemów naturalnie pojawiających się w dyskusjach o nowych zasadach działania naszej oświaty jest zagadnienie kształtu i roli administracji oświatowej; wywołuje ono niezmiennie gorące spory. Niektórzy w postulatach całkowitej zmiany jej roli widzą zagrożenie dla polskiej edukacji, są przekonani, że tylko urzędnicy są w stanie – poprzez sprawowany przez siebie nadzór – zapewnić właściwy poziom pracy szkół. Jest to klasyczny syndrom biurokratycznego myślenia opartego na założeniu, że obywatele (rodzice) są małymi, nieporadnymi dziećmi, którymi musi kierować światły urzędnik. Zresztą tego typu rozumowanie stanowi również swoiste votum nieufności dla dyrektorów szkół i nauczycieli. Stąd też warto przez moment rozważyć ten problem. W ramach zmian realizowanych w polskiej edukacji w latach 1990 – 2001 poszukiwano również nowego, optymalnego modelu działania oświatowej administracji rządowej (kuratoriów oświaty). Wraz z kolejnymi etapami reformy samorządowej, jak też z wprowadzeniem egzaminów zewnętrznych ewoluowały kuratoria oświaty; zmieniał się zakres ich zdań i kompetencji, ograniczano zatrudnienie w nich oraz koszty ich funkcjonowania. Przewidywano, że w finale tych działań staną się one profesjonalnymi, niewielkimi strukturami zajmującymi się czuwaniem nad realizowaniem przez szkoły ogólnokrajowych standardów edukacyjnym oraz dbaniem o jakość ich pracy. Zamiast administrowania miały one zająć się merytorycznym wspieraniem samorządów i szkół. Tymczasem po roku 2001 SLD-owska minister edukacji rozpoczęła działania w przeciwnym kierunku, ograniczano kompetencje samorządów zwiększając bieżący wpływ kuratorów na szkoły, równocześnie zaczęło wzrastać zatrudnienie w kuratoriach i koszty ich działania. Można stwierdzić, że podjęto próbę cofnięcia procesu decentralizacji zarządzania polską oświatą.