Gazeta Wyborcza - Olga Szpunar
Wasze szkoły potrzebują budzika, który wyrwie je z letargu - przekonywał podczas sobotniej konferencji o zmianie sposobu finansowania szkół Franciszek Toth, wiceminister edukacji Republiki Słowackiej. Według niego takim budzikiem może być wprowadzenie w Polsce bonu edukacyjnego.
Na spotkanie do krakowskiego magistratu przyjechali dyrektorzy szkół, nauczyciele, przedstawiciele miejscowości, w których bon już funkcjonuje oraz tych, które chcą go dopiero wprowadzić.
Wystąpienie wiceministra edukacji Republiki Słowackiej, która od przyszłego roku wprowadza bon do wszystkich swoich szkół było najciekawszym punktem konferencji.
- Bon obudzi konkurencję pomiędzy szkołami, a nie ma lepszego sposobu na wzmożenie aktywności i polepszenie pracy niż rywalizacja - przekonywał Franciszek Toth. - W ustawie o szkolnictwie nie możemy zapisać takich oczywistości, że szkoły muszą mądrze uczyć i dobrze pracować.
Doświadczenia słowackie
Po kilku latach wytężonej pracy nawet najlepsi popadają w rutynę i przestają się rozwijać. Bon oświatowy to budzik, który państwo musi nakręcić - tłumaczył.
Słowacja nie zaczyna od zera. Już w tym roku szkolnym o części pieniędzy przekazywanych przez państwo szkołom, decydowali rodzice. Ponad 914 tys. słowackich uczniów przyniosło do swoich domów bony na działalność kółek pozalekcyjnych. To rodzice decydowali na które zajęcia ich dzieci będą chodzić. Te, które były dobrze prowadzone rozwijały się. Słabe i nieciekawe upadały, bo nie dostawały "idących" za bonem pieniędzy. Bon wykorzystało 80 proc. uczniów.
W ciągu ostatniego roku liczba młodych Słowaków korzystających z zajęć pozalekcyjnych wzrosła dwukrotnie. Aby zapobiec nadużyciom - np. sytuacjom, w których jeden uczeń dostał ze szkoły dwa bony - cały system był kontrolowany elektronicznie.
- To się sprawdziło, dlatego teraz chcemy, aby rodzice decydowali o wszystkich pieniądzach przekazywanych przez państwo na edukację - mówił Franciszek Toth.
i polskie problemy
O swoich sukcesach - ale też kłopotach - opowiadali przedstawiciele polskich miejscowości ( m.in Kwidzyn, Świdnica), w których bon już funkcjonuje. Największym problemem w nowoczesnym zarządzaniu szkołami okazują się przywileje płynące z Karty Nauczyciela. Powodują one, że nawet najlepiej zarządzający placówką dyrektor wydaje więcej pieniędzy niżby musiał. Większe wydatki pociągają za sobą, m.in.: gwarantowane Kartą roczne urlopy dla podratowania zdrowia (dyrektor wypłaca pensję i pracownikowi na urlopie i jego zastępcy), oraz niemożność zwalniania nauczycieli mianowanych i dyplomowanych.
Jak się dowiedzieliśmy, niewykluczone że gminy, w których bon funkcjonuje, wystąpią do parlamentu z wnioskiem o zniesienie nauczycielskich przywilejów gwarantowanych Kartą, które utrudniają zarządzanie szkołami.
Spotkanie w magistracie zorganizowali zwolennicy wprowadzenia bonu edukacyjnego w Krakowie: radna PO Małgorzata Jantos oraz przewodniczący dzielnicy III i V: Paweł Sularz oraz Paweł Klimowicz. Choć przyszło ok. 200 osób, to nie pojawił się ani prezydent Jacek Majchrowski ani odpowiedzialny za edukację wiceprezydent Henryk Bądkiewicz.
Na spotkanie do krakowskiego magistratu przyjechali dyrektorzy szkół, nauczyciele, przedstawiciele miejscowości, w których bon już funkcjonuje oraz tych, które chcą go dopiero wprowadzić.
Wystąpienie wiceministra edukacji Republiki Słowackiej, która od przyszłego roku wprowadza bon do wszystkich swoich szkół było najciekawszym punktem konferencji.
- Bon obudzi konkurencję pomiędzy szkołami, a nie ma lepszego sposobu na wzmożenie aktywności i polepszenie pracy niż rywalizacja - przekonywał Franciszek Toth. - W ustawie o szkolnictwie nie możemy zapisać takich oczywistości, że szkoły muszą mądrze uczyć i dobrze pracować.
Doświadczenia słowackie
Po kilku latach wytężonej pracy nawet najlepsi popadają w rutynę i przestają się rozwijać. Bon oświatowy to budzik, który państwo musi nakręcić - tłumaczył.
Słowacja nie zaczyna od zera. Już w tym roku szkolnym o części pieniędzy przekazywanych przez państwo szkołom, decydowali rodzice. Ponad 914 tys. słowackich uczniów przyniosło do swoich domów bony na działalność kółek pozalekcyjnych. To rodzice decydowali na które zajęcia ich dzieci będą chodzić. Te, które były dobrze prowadzone rozwijały się. Słabe i nieciekawe upadały, bo nie dostawały "idących" za bonem pieniędzy. Bon wykorzystało 80 proc. uczniów.
W ciągu ostatniego roku liczba młodych Słowaków korzystających z zajęć pozalekcyjnych wzrosła dwukrotnie. Aby zapobiec nadużyciom - np. sytuacjom, w których jeden uczeń dostał ze szkoły dwa bony - cały system był kontrolowany elektronicznie.
- To się sprawdziło, dlatego teraz chcemy, aby rodzice decydowali o wszystkich pieniądzach przekazywanych przez państwo na edukację - mówił Franciszek Toth.
i polskie problemy
O swoich sukcesach - ale też kłopotach - opowiadali przedstawiciele polskich miejscowości ( m.in Kwidzyn, Świdnica), w których bon już funkcjonuje. Największym problemem w nowoczesnym zarządzaniu szkołami okazują się przywileje płynące z Karty Nauczyciela. Powodują one, że nawet najlepiej zarządzający placówką dyrektor wydaje więcej pieniędzy niżby musiał. Większe wydatki pociągają za sobą, m.in.: gwarantowane Kartą roczne urlopy dla podratowania zdrowia (dyrektor wypłaca pensję i pracownikowi na urlopie i jego zastępcy), oraz niemożność zwalniania nauczycieli mianowanych i dyplomowanych.
Jak się dowiedzieliśmy, niewykluczone że gminy, w których bon funkcjonuje, wystąpią do parlamentu z wnioskiem o zniesienie nauczycielskich przywilejów gwarantowanych Kartą, które utrudniają zarządzanie szkołami.
Spotkanie w magistracie zorganizowali zwolennicy wprowadzenia bonu edukacyjnego w Krakowie: radna PO Małgorzata Jantos oraz przewodniczący dzielnicy III i V: Paweł Sularz oraz Paweł Klimowicz. Choć przyszło ok. 200 osób, to nie pojawił się ani prezydent Jacek Majchrowski ani odpowiedzialny za edukację wiceprezydent Henryk Bądkiewicz.