Gazeta Wyborcza - Olga Szpunar
Dyrektorzy krakowskich szkół s+/- zainteresowani pomysłem wprowadzenia bonu edukacyjnego w miePcie, ale maj+/- blade pojęcie o zasadach jego funkcjonowania - wynika z ankiet przeprowadzonych w podstawówkach i gimnazjach.
Kierujący szkołami deklarują, że chcą mieć dużą samodzielność finansową w prowadzeniu placówek. A jednocześnie, jako zaletę obecnego systemu, wymieniają istnienie zakładów ekonomiki oświaty, które są odpowiedzialne za finanse szkół!
- To jawna sprzeczność. Jeśli ktoś chce samodzielnie kierować swoim przedsiębiorstwem, nie powinien być zadowolony, że jakaś obca instytucja decyduje o jego finansach - mówi Paweł Sularz, przewodniczący Rady Dzielnicy III. O wypełnienie anonimowych ankiet poprosił dyrektorów podstawówek i gimnazjów znajdujących się na terenie dzielnicy. Chodziło o to, by określić, jakie jest zainteresowanie bonem edukacyjnym.
Sto procent ankietowanych zadeklarowało, że chce mieć pełną swobodę w kształtowaniu polityki kadrowej i zatrudnienia w szkole. "Teraz mamy trudności ze zwolnieniem złego nauczyciela mianowanego czy też dyplomowanego", "Jestem zakładnikiem związków zawodowych i Wydziału Edukacji UMK" - argumentowali dyrektorzy.
80 proc. uznało, że finanse szkoły powinny zależeć od liczby uczących się w niej uczniów (obecnie samorząd przyznaje je na podstawie liczby klas i zatrudnionych nauczycieli). Te odpowiedzi wskazują na poparcie pomysłu wprowadzenia bonu. Sprzeczna z jego ideą jest natomiast niechęć dyrektorów do ograniczania szkolnej administracji. Przyznają, że nie chcą zwalniać pracowników, uważają, że firmy cateringowe, które przejęłyby ich obowiązki (np. sprzątanie, obiady), byłyby droższe. Tylko nieliczni zauważają, że kilka szkół może korzystać z usług jednej firmy, przez co mogą być one znacznie tańsze.
- Dyrektorzy są zainteresowani pomysłem, gorzej, że nie rozumieją, na czym on polega. Jako osoby kierujące szkołami powinni mieć większe rozeznanie w temacie - uważa radna Małgorzata Jantos, zwolenniczka wprowadzenia bonu do krakowskich szkół.
Kampania na jego temat trwa w Krakowie od listopada. Przewodniczy jej grupa radnych, którzy w bonie edukacyjnym widzą jedyną szansę na reperowanie finansów krakowskiej oświaty. Zasada jest prosta: bon edukacyjny to suma, którą rodzice mają otrzymać z budżetu państwa na wykształcenie dziecka. W ślad za dzieckiem "pójdzie" on do szkoły, gdzie będzie się ono uczyć. W ten sposób o tym, które szkoły się rozwiną, a które znikną, zadecyduje mechanizm rynkowy, a nie miejscy urzędnicy. Kierujący szkołami będą mogli sami decydować o polityce kadrowej, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczać na rozwój swoich szkół.
- Potrzebne są rozmowy z dyrektorami, nauczycielami i rodzicami i my te rozmowy przeprowadzimy - zapowiada Jantos.
Już jutro o bonie dyskutować będą dyrektorzy szkół z Dzielnicy V, 19 marca w Krakowie planowane jest międzynarodowe spotkanie z przedstawicielami państw i miast, które bon wprowadziły. Przyjadą ci, którym się udało, i ci, którym się nie powiodło. - Chcemy poznać doświadczenia jednych i drugich - mówi Jantos.
Kierujący szkołami deklarują, że chcą mieć dużą samodzielność finansową w prowadzeniu placówek. A jednocześnie, jako zaletę obecnego systemu, wymieniają istnienie zakładów ekonomiki oświaty, które są odpowiedzialne za finanse szkół!
- To jawna sprzeczność. Jeśli ktoś chce samodzielnie kierować swoim przedsiębiorstwem, nie powinien być zadowolony, że jakaś obca instytucja decyduje o jego finansach - mówi Paweł Sularz, przewodniczący Rady Dzielnicy III. O wypełnienie anonimowych ankiet poprosił dyrektorów podstawówek i gimnazjów znajdujących się na terenie dzielnicy. Chodziło o to, by określić, jakie jest zainteresowanie bonem edukacyjnym.
Sto procent ankietowanych zadeklarowało, że chce mieć pełną swobodę w kształtowaniu polityki kadrowej i zatrudnienia w szkole. "Teraz mamy trudności ze zwolnieniem złego nauczyciela mianowanego czy też dyplomowanego", "Jestem zakładnikiem związków zawodowych i Wydziału Edukacji UMK" - argumentowali dyrektorzy.
80 proc. uznało, że finanse szkoły powinny zależeć od liczby uczących się w niej uczniów (obecnie samorząd przyznaje je na podstawie liczby klas i zatrudnionych nauczycieli). Te odpowiedzi wskazują na poparcie pomysłu wprowadzenia bonu. Sprzeczna z jego ideą jest natomiast niechęć dyrektorów do ograniczania szkolnej administracji. Przyznają, że nie chcą zwalniać pracowników, uważają, że firmy cateringowe, które przejęłyby ich obowiązki (np. sprzątanie, obiady), byłyby droższe. Tylko nieliczni zauważają, że kilka szkół może korzystać z usług jednej firmy, przez co mogą być one znacznie tańsze.
- Dyrektorzy są zainteresowani pomysłem, gorzej, że nie rozumieją, na czym on polega. Jako osoby kierujące szkołami powinni mieć większe rozeznanie w temacie - uważa radna Małgorzata Jantos, zwolenniczka wprowadzenia bonu do krakowskich szkół.
Kampania na jego temat trwa w Krakowie od listopada. Przewodniczy jej grupa radnych, którzy w bonie edukacyjnym widzą jedyną szansę na reperowanie finansów krakowskiej oświaty. Zasada jest prosta: bon edukacyjny to suma, którą rodzice mają otrzymać z budżetu państwa na wykształcenie dziecka. W ślad za dzieckiem "pójdzie" on do szkoły, gdzie będzie się ono uczyć. W ten sposób o tym, które szkoły się rozwiną, a które znikną, zadecyduje mechanizm rynkowy, a nie miejscy urzędnicy. Kierujący szkołami będą mogli sami decydować o polityce kadrowej, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczać na rozwój swoich szkół.
- Potrzebne są rozmowy z dyrektorami, nauczycielami i rodzicami i my te rozmowy przeprowadzimy - zapowiada Jantos.
Już jutro o bonie dyskutować będą dyrektorzy szkół z Dzielnicy V, 19 marca w Krakowie planowane jest międzynarodowe spotkanie z przedstawicielami państw i miast, które bon wprowadziły. Przyjadą ci, którym się udało, i ci, którym się nie powiodło. - Chcemy poznać doświadczenia jednych i drugich - mówi Jantos.