Kontrowersje wokół bonu edukacyjnego
Od kilku tygodni jednym z głównych tematów oświatowych pojawiających się w mediach stał się bon edukacyjny. Impulsem do jego ponownego zaistnienia w publicznej debacie stała się zapowiedź nowej minister edukacji Katarzyny Hall o możliwości wprowadzenia go do naszej oświaty. Natychmiast po tym odezwali dyżurni krytycy tej koncepcji wywodzący się głównie ze środowisk lewicowych oraz związkowych, ale także z ogromną rezerwą odnieśli się do niego przedstawiciele „mniejszego, ale wielce wpływowego koalicjanta”, czyli PSL-u. Praktycznie wszystkie stawiane pomysłowi kształtowania budżetu oświatowego o oparciu o koszt kształcenia pojedynczego ucznia zarzuty wynikają z niezrozumienia istoty problemu, ale także z obaw przed wprowadzeniem do polskiej oświaty mechanizmów konkurencyjności oraz osłabienia pozycji oświatowej biurokracji na rzecz obywateli /rodziców/.
Bon nie jest zagrożeniem dla wiejskich szkół
Rozważając koncepcję bonu edukacyjnego w odniesieniu do polskich warunków trzeba pamiętać, iż jej podstawą jest wprowadzenie do oświaty na każdym jej poziomie kształtowania globalnego budżetu szkoły /placówki oświatowej/ jako wielokrotności kosztów kształcenia pojedynczego ucznia. Oczywiście owe koszty jednostkowe będą różne dla różnych typów placówek oświatowych, ale także będą zróżnicowane w zależności od miejsca położenia szkoły /miasto, miasteczko, wieś/. Stąd też bon nie stanowi zagrożenia dla szkół wiejskich, takim zagrożeniem jest natomiast aktualnie istniejąca parametryzacja kosztów kształcenia w nich, niezbyt prawidłowo oddająca naturalne dodatkowe koszty, jakie muszą być uwzględnione w przypadku szkół wiejskich w stosunku do szkół położonych w miastach. Owe dodatkowe koszty to nie tylko konieczność funkcjonowania szkół o mniejszej niż w mieście liczbie uczniów, czy też potrzeba zapewnienia dzieciom dowozu, ale także konieczność wzmacniania ich oferty edukacyjnej o elementy edukacyjno – kulturowe, które mieszkaniec dużego miasta może znaleźć w placówkach pozaoświatowych. Generalnie są to wszystko działania mające poprawić szanse edukacyjne dzieci ze środowisk biedniejszych i słabiej wykształconych. Warto w tym miejscu przywołać przykład Nowej Zelandii w której poprzez bony edukacyjne adresowane do dzieci z biednych środowisk udało się do minimum zredukować bariery edukacyjne o społecznym charakterze.
Bon nie jest zagrożeniem dla wiejskich szkół
Rozważając koncepcję bonu edukacyjnego w odniesieniu do polskich warunków trzeba pamiętać, iż jej podstawą jest wprowadzenie do oświaty na każdym jej poziomie kształtowania globalnego budżetu szkoły /placówki oświatowej/ jako wielokrotności kosztów kształcenia pojedynczego ucznia. Oczywiście owe koszty jednostkowe będą różne dla różnych typów placówek oświatowych, ale także będą zróżnicowane w zależności od miejsca położenia szkoły /miasto, miasteczko, wieś/. Stąd też bon nie stanowi zagrożenia dla szkół wiejskich, takim zagrożeniem jest natomiast aktualnie istniejąca parametryzacja kosztów kształcenia w nich, niezbyt prawidłowo oddająca naturalne dodatkowe koszty, jakie muszą być uwzględnione w przypadku szkół wiejskich w stosunku do szkół położonych w miastach. Owe dodatkowe koszty to nie tylko konieczność funkcjonowania szkół o mniejszej niż w mieście liczbie uczniów, czy też potrzeba zapewnienia dzieciom dowozu, ale także konieczność wzmacniania ich oferty edukacyjnej o elementy edukacyjno – kulturowe, które mieszkaniec dużego miasta może znaleźć w placówkach pozaoświatowych. Generalnie są to wszystko działania mające poprawić szanse edukacyjne dzieci ze środowisk biedniejszych i słabiej wykształconych. Warto w tym miejscu przywołać przykład Nowej Zelandii w której poprzez bony edukacyjne adresowane do dzieci z biednych środowisk udało się do minimum zredukować bariery edukacyjne o społecznym charakterze.